Gdy śmierć zabiera nagle...

Kilka razy uczestniczyłam tutaj w pogrzebie oraz w składaniu kondolencji rodzinie. Pamiętam pogrzeb mojego bardzo bliskiego przyjaciela-brata. Był w moim wieku, spadł ze skały i zginął. Pogrzeb odbył się wyjątkowo po 3 tygodniach, bo ciało musiało zostać przetransportowane z innego państwa, gdzie odbywał szkolenie. Był chirurgiem w naszym szpitalu. Pamiętam, że pogrzeb był bardzo uroczysty. Bilbord z jego różnymi zdjęciami widniał na środku kościoła, przed trumną. Kiedy już wszystkie osoby siedziały w kościele, wtedy weszła rodzina. Były pieśni, modlitwy a także wiele podziękowań i wspomnień z jego życia. Był bardzo ciepłą osobą, towarzyską, niezwykle troskliwą i oddaną swojej pracy. Wiele osób z całego świata składało kondolencje. Pod koniec nabożeństwa, przed wyprowadzeniem trumny jego mama zwróciła się do "niego" i podziekowała mu za jego życia i za to jak wspaniałym był synem. Później mężczyźni wyprowadzili trumnę i udali się na cmentarz a kobiety zostały w kościele (nie uczestniczyły w pochówku na cmentarzu) i składały kondolencje jego mamie, siostrom, szwagierkom. Później przez 3 dni rodzina była zgromadzona w jednym miejscu i wszyscy mogli składać jeszcze raz kondolencje. Mężczyźni siedzieli po jednej stronie i składali kondolencje męskiem części rodziny, a kobiety siedziały po drugiej stronie z żeńską częścią. Był to czas, kiedy każdy, kto czuł takie pragnienie mógł podzielić się Bożym Słowem, wspomnieć coś z życia zmarłego. Pojechałam też do jego rodziny do ich domu. Niesamowite było patrzeć, jak wielką nadzieję pokładali oni w Bogu, że Bóg wie lepiej co jest dobre dla nas i ma swój czas dla każdego.

Niedawno zmarł tata jednego z naszych pielegniarzy. Pracował kiedyś w szpitalu i sprzątał. Był bardzo sumiennym pracownikiem. Pamietam jak rok temu, reanimowaliśmy go dość długo, później spędził kilka dni na respiratorze u nas na oiomie i dzięki Bogu doszedł do siebie bez żadnego uszkodzenia mózgu. Pacjent miał zrobioną tracheostomię na stałe, więc niestety często zdarzało się, że rurka się zapychała, choć jego syn radził sobie z tym dość dobrze. Udało mi się też zebrać pieniądze na kolejne rurki, które trzeba było wymieniać średnio co 3 miesiące i przywoziłam mu je z Polski. Jednak tym razem, rurka zapchała się ponownie kiedy był w domu i niestety nie udało się się mu pomóc. Zmarł w domu, po nieudanej reanimacji syna. Kiedy przywieziono go do nas do szpitala, nie żył już od kilkunastu minut. Wtedy powstał wielki lament i płacz (kulturowe opłakiwanie zmarłego). Ciało zmarłego tutaj chowie się w tym samym dniu. A później przez 3 dni rodzina jest zgromadzona w jednym miejscu aby inni mogli składać kondolencje. Można iść przez wszystkie 3 dni, albo tylko w jeden dzień.


Pojechałam z kilkoma innymi lekarzami. Zostałam zaprowadzona do najbliższej rodziny aby słowami "Niech Bóg Was pocieszy" wyrazić swoje kondolencje. Kobiety i mężczyźni zebrali się w osobnych pomieszczeniach. Wszystkie kobiety w czarnych długich sukniach, wiele z nich z nakrytymi głowami siedziały na ziemi, krzesłach, tapczanach. Niektóre rozmawiały przyciszonymi głosami, inne po prostu siedziały w milczeniu. Po jakimś czasie przesiadłam się do żony zmarłego, która opowiedziała mi jak to się stało. Między wyrazami smutku i bólu powiedziała: przywieźliśmy go do szpitala, ale Ciebie tam nie było (nie pracowałam wtedy), a może by się udało, jakbyś była...

Było mi ich bardzo żal. Wiem, że nie byłabym wstanie nic zrobić. To był "jego" czas aby odejść. Bóg zabrał go w Swoim czasie do siebie. W pomieszczeniach wyczuwało się atmosferę wielkiego smutku, ale także pogodzenia się z Bożą wolą, że Bóg zna czas każdego z nas!

Komentarze

Popularne posty